Lis 17

Studia za granicą w języku obcym

Studiowałam rok w Gruzji, w Tbilisi. Kiedy dodaję, że studiowałam po gruzińsku, wszyscy pytają, jak to możliwe, ile czasu się uczyłam przed wyjazdem i na miejscu.

Dlaczego po gruzińsku?

Kiedy jako studentka politologii zaczęłam się interesować Kaukazem, od razu zapragnęłam pojechać do Gruzji na studia. Dużo osób jeździło na Erasmus, więc stwierdziłam, że i ja znajdę uczelnię w Tbilisi, która mnie przyjmie i będę mogła spędzić tam czwarty rok studiów. Tylko był mały problem – mój wydział nie miał podpisanych umów z żadną gruzińską uczelnią. Nie było też zbytnio stypendiów rządowych na ten kraj. Zaczęłam więc sprawdzać oferty gruzińskich uniwersytetów. Jakaż była moja radość, gdy odkryłam, że na TSU, najstarszym gruzińskim uniwersytecie, są studia kaukazologiczne i do tego po angielsku! I jakiż wielki był mój smutek, gdy się okazało, że dla mnie, studenta z uczelni niepartnerskiej, takie studia są płatne. A ceny mieli jak w Europie Zachodniej.

Jak to w Gruzji bywa, jeden poznany Gruzin miał kolegę, który był wykładowcą na IliaUni (Uniwersytecie im. Ilii Czawczawadze), innym państwowym uniwersytecie w Tbilisi. I ten kolega po rozmowie z dziekanem stwierdził, że są gotowi mnie przyjąć na cały rok. Radość! Tylko był haczyk – byłabym jedynym obcokrajowcem, więc muszę studiować z Gruzinami po gruzińsku. To było pół roku przed potencjalnym wyjazdem, a ja nie znałam nawet jednej litery. Za to na pewno nie byłoby opłat, ponieważ nawet nie mają programu i procedury na takich studentów, jak ja. A! Nie będzie też akademika, więc mieszkanie było wyłącznie moim problemem. Ale za to mogę przez rok studiować w Tbilisi, zbierać materiały do pracy magisterskiej i po prostu być w Gruzji! I tak zaczęła się moja przygoda z nauką języka gruzińskiego jako przyszłej studentki stosunków międzynarodowych na IliaUni. Pamiętam, że jak co i rusz wpadałam w panikę przed wyjazdem, to pocieszałam się, że i tak przecież chciałam się nauczyć języka, więc teraz dwie pieczenie na jednym ogniu. Hm…  

Studia miałam zacząć we wrześniu 2008r. Do Tbilisi pojechałam pierwszy raz w styczniu 2008r., stwierdziłam, że warto obejrzeć to miasto zanim ostatecznie podejmę decyzję o przeprowadzce. Wtedy też pierwszy raz zobaczyłam mój nowy wydział – był taki… oldskulowy, ze starymi drewnianymi ławkami, niedogrzanymi salami wykładowymi, taka atmosfera wczesnych lat 90tych. Ale mnie to nie zniechęciło. To w końcu była moja wymarzona Gruzja. Wtedy też wydział zobaczył mnie, że faktycznie istnieję, że jest jednak jakaś Polka, która chce do nich przyjechać studiować po gruzińsku. Zdziwili się, że jednak istnieję.

Jak się przygotowywałam przed wyjazdem?

Chyba można to określić jednym słowem – nijak. Nigdy wcześniej nie uczyłam się języka tak nietypowego, a do tego nigdy wcześniej nie uczyłam się języka samodzielnie, bez nauczyciela. Najbliższe kursy gruzińskiego były w Warszawie, nie było nikogo w Łodzi, moim rodzinnym mieście, kto mógłby mi pomóc. Z pierwszej wizyty w Tbilisi przywiozłam sobie Biliki część 1, mój pierwszy podręcznik. Jeśli jesteście już trochę ze mną, to wiecie, że mój sentyment do Biliki jest ogromny. Właśnie dlatego – to dzięki tej książce przetrwałam pierwszy semestr studiów.  Była to najnowocześniejsza książka do gruzińskiego w tamtym czasie. I aż tak dużo się nie zmieniło przez 10 lat. Części drugiej i trzeciej Biliki oraz zeszytów ćwiczeń jeszcze wtedy nawet nie było.

Próbowałam jakoś sama się uczyć intensywnie przez miesiąc przed wyjazdem: powtarzałam słowa, robiłam ćwiczenia, próbowałam pisać (próbowałam, bo dla mnie wtedy te litery nie były do niczego podobne). Nadal pozostawał jeden problem – kiedy zamykałam książkę, cała wiedza jakby wyparowywała z mojej głowy. A dzień wyjazdu zbliżał się nieubłaganie.

Co bym sobie, kilka lat młodszej, doradziła teraz? Po pierwsze, słuchać więcej nagrań z książki, żeby litery kojarzyły się z dźwiękami. Po drugie, uczyć się z fiszek lub innej metody pozwalającej analizować, co już się umie, a czego jeszcze nie do końca. I trzecia dobra rada, uczyć się w określonych przedziałach czasowych, np. nie więcej niż 20-30 minut jednorazowo i nie więcej niż 3-4 razy dziennie. Dlaczego tak dużo? – zapytacie. Jednak w końcu za trochę ponad miesiąc miałam usiąść na wykładzie razem z Gruzinami, którzy używali tego języka od urodzenia. Co jak teraz to piszę, brzmi jak jakaś abstrakcja 😉

Do tego stworzyć sobie konkretny plan i cel na każdy miesiąc nauki. Zaś do każdego celu rozpisać sobie narzędzia, metody nauki, robić retrospektywy, czyli podsumowania tygodnia i miesiąca itd. Wtedy nie miałam pojęcia o żadnych study plannerach, ustalaniu krótko- i długoterminowych celów nauki, efektywnych sposobach nauki. Po prostu jakoś tak samo, nieświadomie mi wychodziło, lepiej albo gorzej.

Zderzenie gruzińskiego z rzeczywistością

I stało się, dwa tygodnie przed rozpoczęciem studiów wylądowałam w Tbilisi, znając w sumie tylko część liter i biernie (tylko w wersji napisane, nie ze słuchu) kilka podstawowych zwrotów. Tak prawdę mówiąc, to wtedy wydawało mi się, że umiem znacznie więcej, ale szybko okazało się, że jestem w bardzo, bardzo dużym błędzie. Trochę liczyłam na cud, a trochę, że jestem genialna… A tak poważnie, od pierwszego dnia poszłam na intensywny, indywidualny kurs gruzińskiego. Cztery godziny pięć razy w tygodniu. Tak spędziłam 2 tygodnie. I kolejne pół roku. W semestrze letnim przeszłam na dwie godziny pięć razy w tygodniu.

Nie będę Was oszukiwać, pierwszego wykładu prawie wcale nie zrozumiałam. W sensie zrozumiałam nie więcej niż 3 procent słów, a do tego prawie zero treści. Przez pierwsze dwa miesiące byłam traktowana jak taka maskotka, inni studenci i wykładowcy mówili do mnie głównie po rosyjsku lub angielsku. Ale jako, że w życiu trzeba mieć trochę szczęścia, w pierwszym semestrze materiały były głównie po angielsku!  Więc przynajmniej przed zajęciami wiedziałam, o czym będzie mowa, a czytałam wszystko od deski do deski! Do tego z każdym dniem i tygodniem rozumiałam więcej i więcej też mogłam powiedzieć. W efekcie w semestrze letnim jeden przedmiot zaliczyłam ucząc się z książki tylko po gruzińsku i przygotowywałam prezentacje po gruzińsku. Ba, nawet odpowiadałam na pytania do prezentacji na bieżąco po gruzińsku. Obstawiam, że moja wypowiedź nie była wolna od jakichkolwiek błędów, ale choć dość prostym językiem (nie wyszukanym akademickim), była zrozumiała dla innych studentów i wykładowcy.  

Pamiętacie taką scenę z Trzynastego wojownika, w której Antonio Banderas nagle zaczyna mówić do wikingów w ich języku. A oni aż zaniemówili z wrażenia, jakby przeżywali największe zaskoczenie w życiu. W letnim semestrze miałam zajęcia z jednym z wykładowców z poprzedniego. Stoimy, grupa rozmawia przed salą, on zadaje jakieś zagajające pytanie, a ja mu tak od niechcenia odpowiadam (bo wtedy już normalnie rozmawiałam z ludźmi ;), a on był w takim szoku, jak ci Wikingowie! Jakby pierwszy raz słyszał obcokrajowca mówiącego po gruzińsku. To był mój ulubiony wykładowca, nie tylko z tego powodu.

Nie zawsze było tak różowo. Pamiętam, że przez pierwsze dwa miesiące po 1,5 godziny wykładu wychodziłam tak zmęczona, jakbym przepracowała dobę w kopalni. Miałam taki system, że zapisywałam nowe słowa, które się często powtarzały podczas zajęć i starałam się je potem rozszyfrować. O ile wiele słów z politologii i stosunków międzynarodowych w drugim semestrze miałam opanowanych, o tyle takie z wiedzy ogólnej nadal bywały dla mnie niezrozumiałe. I zdarzały się dyskusje na zajęciach, w których się całkiem gubiłam, szczególnie jak inni studenci zaczynali żywo wymieniać poglądy, np. na temat transformacji systemowych w Azji. Ale wiedziałam, że następnym razem zrozumiem troszkę więcej, potem znów więcej i tak dalej.

Moja najgorsza sytuacja miała miejsce w pierwszym semestrze: miałam mieć zajęcia z moim wymarzonym wykładowcą, wtedy mi się wydawało guru gruzińskiej politologii. I on na pierwszych zajęciach pytając mnie, jak się nazywam użył super formalnej, niestandardowej formy. Czym mnie oczywiście zabił, bo ja ni w ząb nie zrozumiałam. Więc płynnie przechodząc na angielski powiedział mi, że bez sensu przyjechałam, skoro nawet nie potrafię się przedstawić. Tak przed całą grupą… którą wtedy też lekko zatkało. Pamiętam, że mu wtedy odpowiedziałam, że się intensywnie uczę, niedługo będę rozumiała, żeby się nie martwił, dam sobie radę. Przed kolejnymi zajęciami zmienili nam wykładowcę, ów dostał rządową posadę. I kiedy spotkaliśmy się w semestrze letnim, nadal był sceptycznie do mnie nastawiony, ale już mogliśmy sobie wymieniać takie uprzejmości po gruzińsku.

Plan nauki na miejscu

Mój plan nauki nie był szczególnie skomplikowany. Chodziłam codzienne na indywidualne zajęcia językowe, na których podstawą był Biliki. Nie dostawałam zbyt dużo prac domowych, ćwiczenia i czytanki robiłam głównie na lekcjach. Kilka razy na miesiąc pisałam jakieś krótkie wypracowanie, czasami przynosiłam moje prace domowe ze studiów i na nich pracowałyśmy. Słuchałam też dużo gruzińskiego radia. Nie bałam się mówić, wręcz nastawiłam się na używanie nowo poznanych w każdej możliwej sytuacji: w sklepie, restauracji, w pogaduszkach z panami na ochronie w moim budynku (chyba czuli się za mnie odpowiedzialni), w marszrutce. I oczywiście na uczelni. Starałam się wykorzystywać gruziński podczas wywiadów z politykami, czy chociaż do ustalania terminów spotkań. Na czas wyjazdu miałam legitymację prasową jednego z portali o sprawach zagranicznych. Pamiętam, że jeden ówczesny opozycjonista znalazł czas na spotkanie tylko dlatego, że po tym jak nie odbierał napisałam mu sms po gruzińsku. I wtedy oddzwonił. Do tego oglądałam sporo telewizji. Programy śniadaniowe i rozrywkowe raczej odpadały, ale bardzo sprawdzały mi się wiadomości.

Po niecałych trzech miesiącach doszły kolejne elementy: pewnego dnia moja nauczycielka zmusiła mnie do przeczytania pierwszego artykułu w gruzińskiej gazecie, takim polskim odpowiedniku Chwili dla Ciebie czy Przyjaciółki. Słownictwo było nie szczególnie wyszukane, ale pamiętam, że prawie płakałam przez całe zajęcia. Słowa wydawały mi się tak trudne, że nawet nie mogłam ich na głos przeczytać, już nie mówiąc o tym, by je zrozumieć. Ale Ruso się uparła, że będziemy też czytać gazety i w efekcie po trzech miesiącach zaczęłam sama kupować regularnie tygodnik Liberali – wtedy hit w kręgach demokratyczno-liberalnych w Gruzji – i wertować każdy nowy numer. Nawet mam jeszcze kilka w domu. Nie wszystko rozumiałam.  Były artykuły, których prawie wcale nie rozumiałam, ale czytałam, by się zaznajomić ze słowami. I mogę Wam śmiało powiedzieć, że to działa. Po jakimś czasie te obce słowa stają się zrozumiałe, dziwne nowe konstrukcje gramatyczne są oczywiste, a w efekcie nie tylko je rozumiesz, ale też używasz w swoich wypowiedziach. Tylko potrzeba trochę cierpliwości i wytrwałości na początku.

Teraz na pewno dodałabym do mojego sposobu uczenia więcej regularnych ćwiczeń na naukę nowych słów i odmianę czasowników oraz zaczęłabym robić własne ćwiczenia – takie, jakich obecnie używam do nauki innych. To, czego mi jeszcze bardzo brakowało, to dobra książka do gramatyki, pokazująca, że gruziński to logiczny język, trzeba tylko zrozumieć metodę. Z tej potrzeby kilka lat później powstał pomysł na Języki Kaukazu.

Istotnym elementem też był językowy odpoczynek. W semestrze letnim jedne miałam zajęcia po angielsku, z pracownikiem ambasady francuskiej, który mówił takim lekko francuskim angielskim. Oj doceniłam 3 lata francuskiego w liceum. Wtedy role się odwracały, część mojej grupy po wykładach czuła się jak po dobie w kopalni, a ja odpoczywałam. W ramach relaksu oglądałam też filmy w telewizji. Praktycznie wszystkie zagraniczne były dubingowane po rosyjsku, a ten znałam już na poziomie średnio zaawansowanym, jak jechałam do Gruzji.

Nauka wymowy

Będę szczera, nigdy nie poświęcałam czasu tylko na perfekcyjną naukę wymowy gruzińskich liter. Po pierwsze, wierzyłam, że z czasem i osłuchaniem będę mówić coraz płynniej, a w konsekwencji moja melodia wypowiedzi i gruzińskie dźwięki staną się coraz lepsze. Otaczałam się językiem gruzińskim, czasami byłam nim otoczona, czy chciałam czy nie, i to faktycznie pomogło. Drugi powód jest dość prozaiczny – w zależności od regionu Gruzji, jego mieszkańcy mówią trochę inaczej brzmiącym gruzińskim. Osoba pochodząca z Kutaisi będzie brzmieć trochę inaczej niż ta z Lagodekhi. Dlatego stwierdziłam, że skoro gruziński Gruzinów się różni, to niezbyt jest sens tracić czas na dedykowane ćwiczenia tbiliskiego gruzińskiego. To trochę tak jak z angielskim: jeśli chcesz ćwiczyć określoną perfekcyjną wymowę, musisz wybrać akcent, którego chcesz się uczyć – brytyjski Królowej czy manchesterski, amerykański z Teksasu czy Nowego Jorku, a może australijski?

Tylko, żebyście mnie źle nie zrozumieli, należy ćwiczyć wymowę jako element nauki nowych słów. Należy nauczyć się poprawnie wymawiać słowa i zdania, tak by Was zrozumieli bez problemu. Tylko bez zbędnego stresu i presji, by brzmieć „jak prawdziwy Gruzin”. Kilka dni temu w Warszawie na przejściu dla pieszych stało obok mnie 3 Gruzinów. Pewnie im do głowy nie przyszło, że ich rozumiem. I każdy z nich brzmiał troszkę inaczej, jeden wymawiał słowa tak, że osoba na poziomie podstawowym by wszystko usłyszała, a drugi mówił tak, że trzeba było intensywnie się wsłuchiwać. Ja oczywiście tylko tak naukowo ich podsłuchiwałam, jakże by inaczej. 

Pamiętam, jak w pierwszym miesiącu studiów w sklepie zapytałam, czy jest twarożek (ხაჭო). To względnie trudne słowo pod względem wymowy. Pani stwierdziła, że nie rozumie, a po mojej trzeciej próbie złapała i sama wypowiedziała to słowo. Wypowiedziała prawie tak samo jak ja, ale podkreśliła przy tym, że ja, obcokrajowiec, nie wymawiam jak ona. Nadal twierdzę, że zrobiła to bardziej z przekory czy dziwnie rozumianej dumy narodowej niż faktycznego niezrozumienia moich życzeń zakupowych. I to był jedyny taki przypadek na ostatnie 10 lat.

Z ćwiczeniami wymowy wiąże się jeszcze jedna zasada, której nauczyła mnie moja intensywna nauka gruzińskiego. Nie można z nimi przesadzić. Pamiętajcie, że nasze narządy mowy muszą się przyzwyczaić do nowych dźwięków, więc nie można, szczególnie na początku, nadwyrężać strun głosowych wymawiając wszystkie კ, ჭ, ხ oraz ყ. Trzeba dać sobie czas, by narządy mowy się rozluźniły na tyle, by naturalnie wymawiać typowo gruzińskie dźwięki. 

Kto się uczy gruzińskiego w Gruzji?

Znam wiele osób, które mieszkały lub bywały w Gruzji i nigdy się gruzińskiego nie nauczyły. Znałam tez takie, które mieszkały w Gruzji na stałe i nie znały gruzińskiego. Stwierdzały, że rosyjski im wystarczy. Oczywiście to długi proces i trzeba poświęcić na to trochę czasu i chęci. Jednak jeśli chcecie mieszkać w jakimś kraju, poznawać jego kulturę, nawiązywać znajomości i przyjaźnie, to nauka języka miejscowego jest sygnałem Waszego otwarcia i gotowości na to wszystko. Czy nauczyłabym się gruzińskiego, gdyby nie studia po gruzińsku? Na sto procent! Zarówno wtedy jak i teraz nie wyobrażałam sobie, jak można pisać prace naukowe i być publicystą mówiącym o Gruzji, bez znajomości języka. Wiem, że wiele osób sobie wyobraża… ale mamy po prostu inne filozofie życiowe. Do tej pory darzę dużym zawodowym szacunkiem ambasadorów USA i Wielkiej Brytanii w Gruzji, którzy poświęcają czas i uczą się języka, by jak najszybciej móc zrezygnować z tłumaczy, szczególnie w względnie prostych wypowiedziach.  

Pierwszy raz myśl o tym, że mogę również uczyć języka gruzińskiego została zaszczepiona przez moją nauczycielkę. Po pierwszym semestrze wspólnej nauki zasugerowała, że jestem już gotowa, by uczyć podstaw innych Polaków mieszkających w tym czasie w Tbilisi. Wtedy wydało mi się to abstrakcyjne, ale myśl odleżała się kilka lat i tak powstał pomysł na prowadzenie zajęć na poziomach podstawowych i pisanie bloga na ten temat.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *